2018-05-23

Święto dokumentu na 15. Docs Against Gravity

0

Wielbiciele kina mieli prawdziwą ucztę. Które filmy smakowały najlepiej? Co roku w maju Warszawa, Bydgoszcz, Gdynia, Lublin i Wrocław stoją dokumentem, bo właśnie do tych miast zjeżdżają najlepsze produkcje z całego świata. Nie inaczej było w tym roku.

Trudno uwierzyć, że końca dobiegła już 15. edycja Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity - jednej z największych tego typu imprez w Europie. To unikalne wydarzenie pozwala zanurzyć się na ponad tydzień w morzu najlepszych produkcji dokumentalnych z całego świata. W tym także z Polski. Wielkie zainteresowanie dokumentem i pełne sale na pokazach Docs Against Gravity świadczą o tym, jak ważną rolę tego typu produkcje zaczęły odgrywać w życiu Polaków. A wśród festiwalowych perełek z roku na rok jest coraz więcej filmów dokumentalnych rodzimych twórców.

Z ziemi włoskiej do Polski

Jednym z głównych wydarzeń 15. edycji festiwalu była polska premiera nagrodzonego na MFF w Wenecji filmu „Książę i dybuk” w reżyserii Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego. Wielowątkowa biografia Michała Waszyńskiego (a właściwie Mosze Waksa) to gotowy scenariusz filmowy, więc fakt, że jeden z najpopularniejszych polskich filmowców 20-lecia międzywojennego czekał na nią ponad 50 lat, może zaskakiwać. Nie jest jednak wykluczone, że to sam Waszyński na tyle skutecznie zacierał po sobie ślady, że uniemożliwiał zrekonstruowanie swojej biografii. A może - jak sugerują twórcy - to on sam reżyserował ich zza grobu i tak wszystko zaplanował, by świat przypomniał sobie o nim wiele lat po jego śmierci? 

W przypadku Waszyńskiego nawet najbardziej niewiarygodna odpowiedź nie jest niemożliwa. I żadna hipoteza nie może zostać ostatecznie potwierdzona. Był to bowiem człowiek-kameleon, mistrz autokreacji i utalentowany artysta. Ubogi Żyd z Kresów, który okazał się na tyle sprytny i zaradny życiowo, że został znanym reżyserem i był uważany za Polaka, a po wojnie za polskiego księcia, który osiadł we Włoszech. Wielu wierzyło, że odziedziczył fortunę po hrabinie, z którą się ponoć ożenił. A przecież był gejem. Widywano go w towarzystwie największych gwiazd z Sophią Loren i Claudią Cardinale na czele, a po latach nikt nie potrafi powiedzieć, jakim był człowiekiem. Miał nawet dwie rodziny - prawdziwą żydowską i przybraną włoską. Z ich relacji również wyłaniają się dwie zupełnie inne postaci, mimo że mowa o tym samym człowieku.

Zbudowany z niedopowiedzeń i znaków zapytania portret skłania do refleksji nad życiem w czasach, gdy inność nie jest akceptowana i gdy trzeba sobie tworzyć nowe tożsamości, by przetrwać. Z dzisiejszego punktu widzenia, z perspektywy czasów, którymi władają PR, social media i reklama, Waszyński może wydawać się geniuszem, który bezbłędnie realizował cele i dzięki temu żył pełnią życia. Ale z jego perspektywy była to raczej jedyna rozsądna strategia, by przetrwać. „Książę i dybuk” jest bowiem atrakcyjną, ale smutną opowieścią o nietolerancji i poszukiwaniu korzeni, od których trzeba było się odciąć, by ratować życie.

Polskie akcenty

Dla równowagi obok niezwykłej historii Michała Waszyńskiego w konkursie głównym festiwalu zaistniała też kameralna biografia nastoletniego kulturysty i maturzysty, który marzy o tym, by zostać aktorem. „Call Me Tony” Klaudiusza Chrostowskiego to intymny portret dojrzewającego mężczyzny, który staje przed ważnymi życiowymi wyborami i szuka swojej drogi. Często nieporadnie, ale odważnie i bez kompleksów. A przy tym wszystkim Konrad jest do bólu szczery i autentyczny, dzięki czemu trudno oderwać wzrok od ekranu. 

Początkujący dokumentalista nie zapomniał się jednak w penetrowaniu intymnego świata swojego bohatera i wzniósł się w swoim dziele na poziom uniwersalny. Kto z nas w młodości nie popełniał bowiem błędów i nie szukał swojej drogi? Najlepszy dowód na to, że Klaudiusz Chrostowski znalazł sposób, by dotrzeć do widzów, są wyniki głosowania festiwalowej publiczności, dla której „Call Me Tony” okazał się jednym z ulubionych filmów. I nie jest to dokument hermetyczny, przeznaczony wyłącznie dla polskiej publiczności. W końcu przed polską premierą nagrodziło go jury prestiżowego, największego w Europie festiwalu filmów dokumentalnych IDFA Amsterdam.

Swoją obecność zaznaczyły na festiwalu również nieco bardziej nietypowe polskie produkcje, jak „Turyści” Mateusza Romaszkana i Marty Wójtowicz-Wcisło czy „Szukając Jezusa” Katarzyny Kozyry. Na pierwszy film złożyły się amatorskie materiały nagrywane przez polskich turystów podczas egzotycznych wakacji. Po profesjonalnym montażu powstała obserwacja socjologiczna polskiej klasy średniej - krytyczna, ale nie krytykancka. Tymczasem Katarzyna Kozyra na przełomie wieków zaczęła zgłębiać tzw. syndrom jerozolimski. Podczas podróży do świętego miasta spotykała się z ludźmi, którzy uważają się za postaci biblijne. Słuchała ich cierpliwie, rejestrując wszystkie rozmowy. Efekt wybrzmiewa wieloznacznie: ironicznie, poważnie, patetycznie, przewrotnie. W gruncie rzeczy jest to jednak czysta obserwacja, w której każdy dostrzeże trochę rzeczywistości, a trochę tego, co mu w duszy gra.

Odkrywaniem duszy nieco zakurzonego dziś artysty zajął się natomiast Kuba Mikurda w filmie „Love Express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka”. Plejada postaci z najwyższej artystycznej i intelektualnej półki pokroju Terry’ego Gilliama, Andrzeja Wajdy czy Slavoja Žižka odczarowuje w tym dokumencie postać nieszablonowego reżysera i performera, do którego przylgnęła łatka twórcy erotyki. Twórcy, który inspirował największych artystów naszych czasów. W końcu gdyby nie Walerian Borowczyk, moglibyśmy nigdy nie poznać „Monty Pythona”. A przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej go znamy.

Małe wielkie światy

Jednym z niekwestionowanych hitów festiwalu były kameralne, ale tknięte artystyczną iskrą „Twarze, plaże” w reżyserii Agnès Vardy oraz fotografia Jr. Nominowany do Oscara dokument powstał w efekcie spontanicznej decyzji. Oboje znali swoją twórczość, podziwiali się nawzajem i kiedy się spotkali, postanowili zrealizować wspólny projekt. Ruszyli więc busem-fotobudką na francuską prowincję, by rozmawiać z ludźmi, fotografować ich i obklejać przestrzeń publiczną wykonanymi fotografiami. Wszystko uwieczniała oczywiście filmowa kamera, dzięki czemu powstał bezpretensjonalny portret dwojga artystów, a zarazem dokument o tym, jak ważne jest spotkanie z drugim człowiekiem.

Ważną rolę w programie festiwalu odegrał też temat dzieciństwa - zarówno szczęśliwego, jak w „Dzieciństwie” w reżyserii Margreth Olin, jak i takiego, które okazuje się piekłem, jak w filmie „Alicja” (reż. Maasja Ooms). Pierwszy dokument pokazuje jedno z norweskich przedszkoli w stylu waldorfskim o nazwie Aurora. Osadzone w lesie idylliczne miejsce, w którym dzieci uczą się same, bez konieczności dotrzymywania kroku programowi nauki i wszelkim nakazom.

Drugi to historia holenderskiej nastolatki - odebranej matce i osadzonej w sierocińcu - która wskutek złego zachowania jest przenoszona do zakładów o coraz ostrzejszym rygorze. W Europie podobnych prędkości ludzki los wcale nie musi być podobny. A w przypadku dzieci niewiele zależy od nich samych. Filmy o dzieciństwie z 15. Docs Against Gravity skłaniają więc do refleksji nad naszą odpowiedzialnością za los najmłodszych.

Wielkie tematy

Wśród festiwalowych projekcji nie mogło też zabraknąć dokumentacji i analizy najważniejszych wydarzeń i procesów zachodzących we współczesnym świecie. „Długi semestr” w reżyserii Leonarda Retela Helmricha (dokończony przez operatorkę Ramię Suleiman, ponieważ twórcę w czasie realizacji filmu raził piorun) pokazuje życie syryjskich uchodźców w obozie dla pracowników sezonowych w Libanie. Holenderski reżyser przez 1,5 roku przenikał z kamerą w najbardziej intymne zakamarki tej dość konserwatywnej społeczności. Jednak pokazując trudną codzienność uchodźców nie tylko przypomina o ich dramacie, lecz także stawia pytanie o etyczne aspekty rejestrowania ludzkich dramatów.

„Czyściciele internetu” Moritza Riesewiecka i Hansa Blocka przybliżają natomiast ciemną stronę internetowej utopii, którą usiłują propagować twórcy Facebooka, Twittera i Googla. Chcieliby oni, aby ich twory uchodziły za globalne media zatrudniające tysiące redaktorów, którzy dbają o to, by nie pojawiały się w nich zakazane treści. Tymczasem filmowcy poddają w wątpliwość kompetencje tych tzw. redaktorów i pokazują, że w dużej mierze zatrudnia się ich na zasadzie outsourcingu w krajach rozwijających się. Przy okazji w szpiegowsko-kryminalnej otoczce rejestrowanych nocą pustych open space’ów słuchają opowieści o tysiącach zdjęć i filmików z samookaleczeń, samobójstw czy dziecięcej pedofilii, które mają dramatyczny wpływ na psychikę anonimowych redaktorów, stanowiących tanie i przemilczywane zaplecze gigantów z Doliny Krzemowej.

Tymczasem Peter Mettler w filmie „Stając się zwierzęciem” sięga po filozofię, która w jego ujęciu (a może raczej w ujęciu Davida Abrama) jest ściśle powiązana z naturą. Zgrabnie łącząc zdjęcia przyrody, miniwykłady Davida Abrama i subtelne poczucie humoru osadza człowieka ponownie w świecie, od którego się oddzielił, opisując go za pomocą abstrakcyjnych pojęć. Abram przypomina, że od przedmiotów nie oddziela nas pustka, lecz pełne mikroorganizmów powietrze, w którym pływamy jak ryby w wodzie. Aby to wyjaśnić, posługuje się zarówno konkretem, jak i metaforą; odwołuje się do wiedzy z historii sztuki, antropologii, kognitywistyki czy językoznawstwa. A wszystko z intelektualną gracją, która czyni filozofię przystępną i zupełnie życiową.

Bogactwo dokumentu

Nie sposób opisać wszystkie znakomite filmy, które zostały pokazane w czasie 15. Millennium Docs Against Gravity. Wśród około 160 tytułów znalazło się wiele wybitnych, jak choćby „Jutro albo pojutrze” Binga Liu, „Ostatnie dni lata” Maryam Goormaghtigh, „Wielebny W.” Barbeta Schroedera czy „Wielka architektura” Kaspara Astrupa Schrödera, które zdobyły ważne festiwalowe nagrody. Publiczność zachwyciły także „Dawn Wall: wspinaczka po rekord” Josha Lowella i Petera Mortimera, „MATANGI / MAYA / M.I.A” Steve’a Loveridge’a czy

„Gurrumul” Paula Damiena Williamsa oraz pokazywany w technologii VR „Człowiek Delfin VR” w reżyserii Benoîta Lichté. Zróżnicowane produkcje z całego świata budziły zachwyt i skłaniały do refleksji nad współczesnym światem. Szkoda, że kolejny festiwal Docs Against Gravity dopiero za rok.

Zobacz także:
„Najlepszy”: Nowy smak zwycięstwa w kinie
Prawie Oscar. Fenomen filmu „Twój Vincent”
Polskie filmy w Cannes. Czy wrócą z nagrodami?

Komentarze
© Polsat Film 2018